Początek kwietnia to dla wielu czas niewinnych żartów, ale na podlaskich drogach zrobiło się poważnie. Kierowcy, którzy postanowili sprawdzić, czy nowe, surowe przepisy to primaaprilisowy dowcip, boleśnie zderzyli się z rzeczywistością. Efekt? Mandaty idące w tysiące, a prawa jazdy odlatują na trzymiesięczne, przymusowe wakacje.
Ledwo nowe regulacje weszły w życie, a już znalazła się spora grupa chętnych do ich przetestowania. Wygląda na to, że groźba utraty „prawka” za przekroczenie prędkości o ponad 50 km/h poza terenem zabudowanym brzmiała dla niektórych jak wyzwanie. Policja z radością je podjęła.
Festiwal ciężkiej nogi i lekkiego portfela
W stolicy województwa fantazja poniosła aż trzech kierowców. 19-latek w BMW uznał, że 105 km/h na Alei Jana Pawła II to idealna prędkość. Jego zapał ostudził mandat na 1500 zł. Chwilę później kierowca Toyoty na trasie do Wojszek postanowił sprawdzić, czy jego auto zamknie licznik na 120 km/h przy ograniczeniu do 60. Udało się, a nagroda była identyczna. Prawdziwym rekordzistą okazał się jednak 40-latek, również w BMW, który na Ciołkowskiego jechał o 71 km/h za szybko. Tutaj taryfikator był bezlitosny: 2500 zł mandatu. Cała trójka najbliższy kwartał spędzi na fotelu pasażera.
Mieszkańcy wskazali, pirat wpadł
W Nowogrodzie 44-letni mieszkaniec Warszawy za kierownicą Mercedesa poczuł zew prędkości na ulicy Cmentarnej. Nie wiedział jednak, że czujni mieszkańcy oznaczyli to miejsce na Krajowej Mapie Zagrożeń Bezpieczeństwa jako lokalną „prostą startową”. Policja tylko czekała na potwierdzenie. Kierowca, pędząc o 61 km/h za szybko, wpadł prosto w ręce drogówki. Skończyło się mandatem na 2000 zł i natychmiastową utratą prawa jazdy. Mieszkańcy dziękują, kierowca pewnie mniej.
Szybcy i wściekli na parkingu pod marketem
W Suwałkach 21-letni kierowca BMW postanowił zaimponować pasażerom i zorganizował pokaz driftu pod marketem. Jego parkingowy balet nie umknął uwadze policjantów. Finał był potrójny: prawo jazdy zatrzymane na 3 miesiące, mandat na 2500 zł i zatrzymany dowód rejestracyjny za łyse opony. To się nazywa kompleksowa obsługa.
Ekspresówki i krajówki. Tam fantazja nie znała granic
Na drogach szybkiego ruchu też nie wiało nudą. Obywatel Ukrainy w Lamborghini pomylił drogę S61 z niemieckim autobahnem, pędząc 213 km/h. Jego portfel uszczuplił się o 2500 zł. Z kolei na krajowej sześćdziesiątce szóstce mieszkaniec powiatu wysokomazowieckiego w swoim Volkswagenie osiągnął 150 km/h, co również zakończyło się przymusową przerwą od kierowania.
Recydywa, czyli podwójna stawka za brak nauczki
Niektórzy postanowili udowodnić, że lubią płacić więcej. Kierowcy Peugeota w powiecie grajewskim i Audi w powiecie suwalskim zostali złapani na przekroczeniu prędkości w warunkach recydywy. Efekt? Mandaty w wysokości 4000 zł dla każdego z nich i oczywiście trzymiesięczna piesza kuracja.
Dlaczego tak drogo i boleśnie?
Skąd ta fala drogowych dramatów? To efekt przepisów, które weszły w życie pod koniec marca. Dla tych, którzy przespali zmiany, oto telegraficzny skrót:
- Koniec bezkarności poza miastem. To największa rewolucja. Teraz wystarczy, że na zwykłej, jednojezdniowej drodze krajowej pojedziemy o ponad 50 km/h za szybko, a stracimy prawo jazdy na trzy miesiące.
- Stop popisom. Parkingowe drifty, jazda na jednym kole i inne wyczyny trafiły na czarną listę. Za takie umiejętności grożą identyczne, trzymiesięczne piesze wycieczki.
- Pokusa jest karana podwójnie. Jeśli komuś przyjdzie do głowy, żeby mimo trzymiesięcznego zakazu wsiąść za kółko, to już nie zabawa. Uprawnienia są całkowicie cofane, a droga do ich odzyskania staje się wyboista.
Tegoroczny początek kwietnia na podlaskich drogach był wyjątkowo kosztowny. Policja reaguje, a taryfikator jest bolesny. Warto o tym pamiętać, zanim noga sama wciśnie gaz do dechy.
(EB)

