Dr Grzegorz Ryżewski to historyk, zajmujący się badaniem historii naszych terenów. Jego opowieści o przeszłości przenoszą w fascynujący świat przodków. Opowiedział nam jak kiedyś w naszym regionie obchodzono święta i o tym, jak w ich trakcie należało postępować, by latem nie było… much.
W naszej kulturze Wielkanoc była czasem radości i obfitości, szczególnie pokarmu.
Po powrocie z uroczystej rezurekcji przygotowywano więc obfite śniadanie, które składało się głównie z poświęconych pokarmów. Po długotrwałym poście spożywano znaczną ilość mięsa i nabiału. Gospodarze wynajmujący niegdyś służbę musieli jej zapewnić na czas świąt suty poczęstunek – opowiada dr Grzegorz Ryżewski.
Dodaje, że świetnie to obrazują dawne teksty, w których wprost poruszany jest temat jedzenia i przywołuje fragment jednego z nich:
„Wymaganie obfitego jadła przez włościan zostających w służbie były posunięte do śmieszności. Jeśli gospodarz parobkowi na pierwszy dzień Wielkanocy nie dał tak długiego kawałka kiełbasy, iż by on odziany w kożuch i siermięgę nie mógł nią opasać się, wówczas obdarowany użalał się – obwiniał pana o skąpstwo. Obok takiej ilości kiełbasy, żądał pół prosiaka pieczonego, bo bez prosiaka nie było, jak się wyrażali, święconki. Musiano mu dać 15 jaj gotowanych na twardo, chleba pół bochenka, placka dosyć dużego – przy tem wódki kwaterkę a nawet pół kwarty i piwa dzbanek półgarncowy. Wszystko to jeden dojrzały mężczyzna nie częstując nikogo, przez pierwszy dzień był w stanie zjeść i gorzałkę wypić, a nazajutrz być gotowym do spożycia mało co mniejszej porcii podobnego jadła„.
Święta były też czasem prewencyjnych działań, ułatwiających życie na wsi latem. Ryżewski przytacza kilka praktycznych rad związanych z Wielkanocą, których przestrzegały ongiś nasze babcie. Głównie dlatego, że niezachowanie pewnych świątecznych czynności miało w konsekwencji latem przysporzyć domostwu plagę much i wszy.
Na przykład pierwszego dnia świąt, zanim domownicy wrócą z kościoła, ktoś nago musiał wymieść miotłą dom, a kobieta wówczas powinna była przetoczyć przez całą izbę jajo. Miało to zapewnić brak wszy przez cało lato – opowiada historyk.
Nagość łączyła się również z innymi insektami. Dla uwolnienia mieszkania od robactwa potrzeba było, aby gospodyni w pierwszy dzień świąt, rozebrawszy się do naga, wymiotła chatę. Ubrać się mogła dopiero po wyrzuceniu na zewnątrz śmieci.
Jako że latem na wsiach prawdziwą plagą były muchy, najważniejsze zalecenie dotyczyło właśnie nich. Według tradycji, by ograniczyć w sezonie ich ilość, wystarczyła wstrzemięźliwość w świątecznych opowieściach. Po prostu nie wolno było opowiadać domownikom, kogo widzieli w kościele.
Były też i nakazy. Pierwszej świątecznej nocy należało spać na twardym, a nie na miękkim materacu. Tak jak Jezus, który leżał z krzyżem na twardej ziemi. Nie wiadomo, co groziło za niedostosowanie się do zalecenia, ale archiwalne zapisy wskazują, że był to przyjęty zwyczaj. A z nimi się nie dyskutowało.
(EB)

